Wyłowiłam z sieci ofertę rozrywkową: "ekstremalny rejs łowiecki - połów dorszy". Darłowo. Kupiłam dla siebie i męża oraz pary znajomych. Jedziemy na jeden dzień.
To dość ekstremalne, rzeczywiście, jechać z Krakowa do Darłowa, czyli z samego południa na samą północ, na jeden dzień...
Nad morzem nocujemy przed rejsem u tego samego Człowieka, który organizuje połów na kutrze. Sama doradził, żeby wziąć kuter, a nie wielką turystyczną taką łódź wielką. Jest nas może z 10 osób. Dostajemy wędki. Pierwszy raz widzę RZECZ z bliska. Mam nadzieję, że ktoś mnie nauczy TO obsługiwać, bo inaczej ryby będą pękać ze śmiechu.
Wschód słońca oczywiście boski, lekka mgła wolno siada na wodzie, kiedy wypływamy.
Pełne morze, łodź spokojnie faluje: góra - dół. Stoję w lekkim rozkroku i staram się dostosować do rytmu. Słońce trzaska promieniami o fale. Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy Bóg istnieje, to ten widok byłby dość przekonywujący na "tak".
Zatrzymujemy się, silnik nie ciągnie. Będzie łowienie. Jesteśmy podekscytowani. I ci, co pierwszy raz i stali bywalcy, choć to dwa różne odcienie podniecenia. Ktoś mi pokazuje, jak działa wędka. Nie zdradzę tu tajemnicy, jak. Trzeba samemu zobaczyć.
W pewnej chwili ktoś mi mówi, z doświadczonych, żebym ciągnęła, bo mam rybę. Pierwsza na łodzi! Wyciągam, nie upuścilam, choć dawali mi do zrozumienia, że może mi się wymknąć, że zahaczona, to jeszcze nie złapana. JEST! Ktoś z fachowców mi ją odczepia z haczyka. MOJA pierwsza ryba w życiu. Póki jeszcze żywa, muszę ją nazwać. Lubię nazywać swoje zwierzęta i rośliny. Te ostatnie pod warunkiem, że są mięsożerne. Przychodzi mi na myśl, nie wiem czemu: Abraham. Nie, za poważnie. Zlagodzę drugim imieniem: Abel.
Zatrzymujemy się, silnik nie ciągnie. Będzie łowienie. Jesteśmy podekscytowani. I ci, co pierwszy raz i stali bywalcy, choć to dwa różne odcienie podniecenia. Ktoś mi pokazuje, jak działa wędka. Nie zdradzę tu tajemnicy, jak. Trzeba samemu zobaczyć.
W pewnej chwili ktoś mi mówi, z doświadczonych, żebym ciągnęła, bo mam rybę. Pierwsza na łodzi! Wyciągam, nie upuścilam, choć dawali mi do zrozumienia, że może mi się wymknąć, że zahaczona, to jeszcze nie złapana. JEST! Ktoś z fachowców mi ją odczepia z haczyka. MOJA pierwsza ryba w życiu. Póki jeszcze żywa, muszę ją nazwać. Lubię nazywać swoje zwierzęta i rośliny. Te ostatnie pod warunkiem, że są mięsożerne. Przychodzi mi na myśl, nie wiem czemu: Abraham. Nie, za poważnie. Zlagodzę drugim imieniem: Abel.
Moja pierwsza ryba w życiu, ma na imię Abel Abraham...
POMYSŁ:
"Ekstremalny, ośmiogodzinny rejs łowiecki"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz