czwartek, 1 maja 2014

Pierwszą rybę nazwałam Abel Abraham

Wyłowiłam z sieci ofertę rozrywkową: "ekstremalny rejs łowiecki - połów dorszy". Darłowo. Kupiłam dla siebie i męża oraz pary znajomych. Jedziemy na jeden dzień.
To dość ekstremalne, rzeczywiście, jechać z Krakowa do Darłowa, czyli z samego południa na samą północ, na jeden dzień...
 
Nad morzem nocujemy przed rejsem u tego samego Człowieka, który organizuje połów na kutrze. Sama doradził, żeby wziąć kuter, a nie wielką turystyczną taką łódź wielką. Jest nas może z 10 osób. Dostajemy wędki. Pierwszy raz widzę RZECZ z bliska. Mam nadzieję, że ktoś mnie nauczy TO obsługiwać, bo inaczej ryby będą pękać ze śmiechu.
 
Wschód słońca oczywiście boski, lekka mgła wolno siada na wodzie, kiedy wypływamy.
Pełne morze, łodź spokojnie faluje: góra - dół. Stoję w lekkim rozkroku i staram się dostosować do rytmu. Słońce trzaska promieniami o fale. Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy Bóg istnieje, to ten widok byłby dość przekonywujący na "tak".

Zatrzymujemy się, silnik nie ciągnie. Będzie łowienie. Jesteśmy podekscytowani. I ci, co pierwszy raz i stali bywalcy, choć to dwa różne odcienie podniecenia. Ktoś mi pokazuje, jak działa wędka. Nie zdradzę tu tajemnicy, jak. Trzeba samemu zobaczyć.

W pewnej chwili ktoś mi mówi, z doświadczonych, żebym ciągnęła, bo mam rybę. Pierwsza na łodzi! Wyciągam, nie upuścilam, choć dawali mi do zrozumienia, że może mi się wymknąć, że zahaczona, to jeszcze nie złapana. JEST! Ktoś z fachowców mi ją odczepia z haczyka. MOJA pierwsza ryba w życiu. Póki jeszcze żywa, muszę ją nazwać. Lubię nazywać swoje zwierzęta i rośliny. Te ostatnie pod warunkiem, że są mięsożerne. Przychodzi mi na myśl, nie wiem czemu: Abraham. Nie, za poważnie. Zlagodzę drugim imieniem: Abel.
Moja pierwsza ryba w życiu, ma na imię Abel Abraham...


 
POMYSŁ:
 
"Ekstremalny, ośmiogodzinny rejs łowiecki"

środa, 23 kwietnia 2014

Ratunek dla wypalonego copyrightera

Jeśli wypalony copywriter ma dziecko w wieku lat od 3 do 5, to wystarczy, że zostanie z nim w domu na dwa dni. Jeśli nie ma, niech wypożyczy, ukradnie, zaopiekuje się. Rodzice malca przyjmą wolny wieczór z radością (może z wyjątkiem tego ukradzionego).
Po co? Bo dziecko uczy z powrotem myślenia inaczej. "W poprzek". Tego, czego potrzebuje copyrighter.
- Zosiu, co rysujesz? –  przedszkolanka do 3,5-latki
- Pana Boga
- Ale nikt nie wie, jak wygląda Pan Bóg
- To zaraz będą wiedzieli
 
***
 
- Tato, kup mi ten samochodzik!... I jeszcze ten! - 3-latek
- Kupię Ci jeden, po co Ci dwa?
- Bo jeden to się będzie czuł samotny
 
***

Jan Nowicki w jednym z wywiadów opowiadał, że jak był małym chłopcem, całował różne przedmioty - podłogi, mury, rowery, drezwa, za małe pieniądze. Był z tego znany w miasteczku. Eleganccy panowie stali przed kosiciołem i mowili: "A tego nie pocałujesz". A on: "Pocałuję". "Muru nie pocałujesz". Calował mur. "Ale buta to już nie pocałujesz". "Za 10 złotych pocałuję". I całował but. Powiedział, że do dziś pamięta wiśniowy, piękny but z cholewami, ktory pocalował... (1)

***
Trzeba łapać te chwile, bo dzieci szybko logicznieją. Staś, prawie cztery lata. Przyjechała nowa szafa, ze szklanymi drzwiami, do domu babci.
 
- Stasiu, nie dotykaj szafy, bo pobrudzisz .
- No to co to za szafa, jak jej nie można dotykać??! (2)
 
 
Pomysł dla copyrightera:
 
"Pogadać z dzieciakiem"
 
 ---------
(1)
Cytowana opowieść Jana Nowickiego pochodzi z wywiadu przeprowadzonego przez Beatę Nowicką, opublikowanego w Gali nr 13, 2012 r. s. 35
(2)
Ta refleksja była poprzedzona popularnym przekleństwem, ponieważ Staś był na typowym dla dzieci w tym wieku etapie błyskawicznego wychwytywania przekleństw z dowolnego fragmentu rzeczywistości, np. ze słów mamrotanych przez pijaczka pod budką z piwem, obok której Staś przechodził z mamą. Babcia Stasia oniemiała z oburzenia, nie tyle odnośnie trafnej refleksji, co właśnie wobec tegoż incydentu z przekleństwem, a obecny przy tym dziadek Stasia wyszedł z pokoju dusząc się ze śmiechu. Nie chciał, żeby wnuk zobaczył tę reakcję, bo zapewne spowodowala by zintensyfikowanie eksperymentow z przekleństwami.
 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Robisz imprezę?


Załóżmy, że masz dom. Załóżmy, że masz ogród. Załóżmy, że masz imprezę.
Z grillem. Jeśli wersja Premium, to z ogniskiem.
 
Połączone z daniami z pieca w domu, jak warzywne zapiekanki i warzywa z wody z przyprawami, tak, aby kobiety czuły się nie tuczone i szczęśliwe.
 
Zaszaleję i założę, że masz nawet program.
Albo go nie masz.
Podaję pewien smak, nie do zapomnienia:

Koncert ogrodowy. Skrzypaczka.

Najpierw ją wymyśliłam.
Potem znalazła ją na Gumtree.
Nie ma transportu, więc ktoś ją przywiózł, ktoś odwiezie – znajomy lub zaprzyjaźniona taksówka, po cenie indywidualnej, a nie taryfowej. Dawno nie byłam na portalu. Ktoś wreszcie wpadł na pomysł, by obok kategorii „Praca” – którą się oferuje – zrobić osobną kategorię „Usługi”, gdzie się ogłaszają usługodawcy i biorcy. Są i artyści i aktorzy. Wybrałam do zadzwonienia dwójkę. Śpiewającego Wilki, Maleńczuki i Rynkowskie oraz Skrzypaczkę. Zwiesiłam też własne ogłoszenie, wskazujące, ze szukam solisty z Krakowa i okolic do małych imprez plenerowych. Odpowiedzi kilkanaście, w tym zespoły z Warszawy.

Można pisać dowolne rzeczy w ogłoszeniu, i tak obok ścisłych odpowiedzi na pytanie, przyjdzie „coś innego”. To „coś innego” nie jest takie głupie, bo choć odrzuciłam wszelkie zespoły, w tym folklorystyczne z całej Polski, to zachowałam w bazie duet z gitarą klasyczną.

Lokalna wierność nie pozwala ściągać bandu z Warszawy – mamy swoich, małopolskich. Sami sprowokowali, pisząc, że „Chętnie się pojawią w Małopolsce”. To obudziło we mnie lokalną wierność – bo nie jest to lokalny patriotyzm, patriotyzm musi być ogólnonarodowy, to szersza kategoria, nie ma lokalnego.

Przybyła. Trochę niesamowita, bo jak dorosły elf, jednocześnie mocno ludzka. Próbujemy z gankiem, nad Stolem z jedzeniem i siedzącymi ludźmi. Jednak lepsza akustyka jest we wnętrzu, tylko przy otwartych drzwiach, aby muzyka dobrze sięgała ludzi. Gra.

Widziałam przykładowy repertuar wcześniej. Powiedziała, że możemy wspólnie ustalić. Jednak dałam jej wolną rękę. Błąd. Pięknie grający nie znajdą jednak naszych dusz. Trzeba pokazać drogi naszych myśli i życzenia naszych przyjaciół, którzy będą. Nauka na następny raz. Grala cudnie i rzeczy znane. Jednak lepiej było by zindywidualizować koncert, według wskazówek własnych i gości.

Wpisała się do Księgi Domu. Ciekawa byłam, jak się wpisze: „Późną porą, dnia........ rozbrzmiały w tym domu dźwięki skrzypcowej muzyki”.

Ponieważ ten telefon podaje przy ogłoszeniu, uznaję, ze to telefon służbowy i polecam, do wernisaży i domowych występów. Cena jest przystępna, moim zdaniem, ale nie chcę ujawniać ile. To wrażliwa sfera biznesowa:)

Trochę danych podam jednak, uśredniając to, co wyczytałam z odpowiedzi na moje ogłoszenie: gry live są możliwe średnio od 3 godzin (mniej jest rzadziej i drożej) do 5 godzin (im więcej, tym taniej), jednak dłużej to DJ-e lub zespoły, bo męczące kontrabasy, gitary czy skrzypce to raczej w tych ramach. Cena ok. 100 / h / osoba, przy czym duety taniej niekiedy, jeśli jest to bliżej 5 godzin.

Trzeba się liczyć z przerwami. W przypadku skrzypiec są to „sety” czyli gra pakietu i krótka przerwa. W trzech godzinach jest to ok. 3-5 przerw po ok. 5-10 minut.

Trudno sobie wyobrazić, by nie oferować napojów. Woda obowiązkowo i ewentualnie soki. Wrażliwą kwestią jest alkohol. Proponowałabym poczęstować przy dłuższych grach, ponad 3 godziny, ale jeden drink / 2 lampki wina / piwo, bo tyle wystarczy by „ożywić”, a nie ma ryzyka, że się wypadnie z rytmu – to jednak zlecenie i nie można czuć się tak, jak uczestnicy imprezy. Muzycy nie są na zabawie, tylko w pracy:)

Natomiast jedzenie do ustalenia. Myślę, że savoir-vivre dyktuje poczęstunek. A niekiedy i umowa.

Jakie są Wasze doświadczenia w zamawianiu muzyków i koncertów?

Jakie są  Wasze doświadczenia jako zamawianych muzyków i śpiewaków?


POMYSŁ na niewielką, domową imprezę:

"Skrzypaczka na dachu"


damasiewiczówka


***
Jeśli ktoś z muzyków i śpiewaków obsługuje MAŁE IMPREZY DOMOWE (ok. 10 – 12 osób, bez okazji tj. nie śluby, nie wesela, tylko przyjęcie niedzielne lub piątkowe ognisko), w cenach ok. 200 – 600 zł za pobyt i chcą się ogłosić w komentarzach, to proszę. Nie pasujących do tej kategorii – usuwam.

 

środa, 19 czerwca 2013

Strach na drodze do luksusu


Sporo mówi się ostatnio o minimalizmie i ograniczaniu ilości rzeczy wokół siebie. O zamienianiu wielości rzeczy, w luksusową małą ilość. Podwójnie luksusową, bo chodzi o wyższą jakość przedmiotów (jeśli ma się czegoś mniej, można więcej na to wydać) Oraz chodzi o luksus psychiczny, związany z przestronnością pomieszczeń, a co za tym idzie – myśli.

Ludzie czytają o tym, kiwają głowami i… ogarniają ich słynne lęki, związane z pozbywaniem się rzeczy. Wymienię trzy, a potem pokażę, jak przypadkiem wpadłam na to, jak pokonać pierwszy z nich:
Lęk, przed tym, że zaraz po wyrzuceniu (i wywiezieniu koszy śmieci), rzecz okaże się potrzebna;

Lęk przed wyrzucaniem rzeczy „jeszcze dobrych” („marnowanie”);

Lęk przed wyrzutami sumienia, że się kupiło, a teraz wyrzuca się, nawet nieużywane;

Zdarzenia z różnych czasów, nagle połączyły się w jedno doświadczenie pokazujące, jak wystrychnąć ten lęk pierwszy, na dudka.

Kiedyś, wyprowadzając się z mieszkania, uznałam, że niektóre przedmioty przydadzą mi się. Jakaś szafa, ława – poprosiłam o ich przechowanie kilka miesięcy. Minęło kilka lat, nie odebrałam ich. Dałam znać przechowawcy, że może je zatrzymać lub rozdać, co chętnie uczynił.

Kiedyś, ktoś się wyprowadził z mieszkania, które miałam pod opieką. Zostało sporo rzeczy. Odwiozłam je po pół roku do jego domu. Powiedział, że o nich zapomniał i zaniósł, nie rozpakowując z worków, do kontenerów na śmieci.

Ostatnio mogłam wynieść rzeczy z domu, do dodatkowego, zwolnionego pomieszczenia. I zaświtała mi pewna myśl – że jak o nich zapomnę, to je za trzy miesiące wyrzucę.

I te zdarzenia podsunęły mi myśl, jak możesz obejść lęk numer jeden. Zbierz kilka takich rzeczy, które należało by wyrzucić, bo leżą nieużyteczne miesiącami czy latami, ale może jeszcze się przydadzą. Są to te rzeczy, z którymi zwykle masz do czynienia wyłącznie przy okazji sprzątania. Włóż je do pudełka tekturowego. Nie, bez obaw – nie wyrzucasz. Odkładasz w miejsce, w które nie będziesz zaglądać jakiś czas, np. miesiąc albo dwa. Na pawlaczu w domku na działce, na przykład.

To takie „próbne wyrzucenie”.

Jeśli przez ten czas nie potrzebować tych rzeczy, wyrzuć pudełko bez otwierania.

Jeśli zapomnisz, co w nim jest, to nie otwieraj. Jak mogły by Ci być potrzebne rzeczy, o których zapomniałeś?

POMYSŁ na obejście lęku przed wyrzucaniem

„Próbne Wyrzucenie”

piątek, 14 czerwca 2013

Spotkanie przy kawie jest stare


Kiedy chcą się spotkać, żeby pogadać - przyjaciółki, matki, żony i kochanki oraz inne kobiety w zestawie dwóch sztuk - mówią sobie: "chodźmy na kawę". Ta "kawa" jest umowna, chodzi o jakiś powód materialny, by móc porozmawiać. Jednak często rzeczywiście jest to spotkanie przy kawie, ewentualnie sałatce czy kieliszku wina. Ja przetestowałam inny pretekst do spotkania do pogadania. Jest bajecznie inspirujący. Pogłębia, a niekiedy ułatwia rozmowę. To dlatego, że działa na wiele zmysłów - węch i dotyk, o smaku nie  wspominając. 
Pobudzająco działają towarzyszące różnice temperatur.
I pobrudzone ręce....

Konfitury.
Nalewki. 
Powidła.
Marynaty.
Wspólnie robione.

Wpływają pysznie na bieg rozmowy. Na spojrzenie z innej perspektywy. Na skrócenie dystansu, jeśli długa nieobecność spowodowała onieśmielenie albo wrażenie, że nie wiadomo, od czego zacząć.

Ja tak robię jak spotykam się z, daleko mieszkającą w świecie, Mamą.

Np. skórki pomarańczowe. Obieramy – już pachnie w kuchni bajecznie – płuczemy, płuczemy, płuczemy, gotujemy w syropie z cukru i wody, suszymy. Powstają bajeczne „ciasteczka”. Ćwiartka skórki pomarańczowej, aromatycznej i słodko-gorzkiej, pogryzana przy kawie, chowa w sobie wspomnienia rozmów, tak jak fotografie chowają w sobie wspomnienia zdarzeń i ludzi.

POMYSŁ na spotkanie:

"Wspólne Przetwory"

Uwaga!

Najlepiej sprawdza się we dwójkę. Robienie przetworów to rzecz prawie intymna. Nie mieści wielu osób.   

czwartek, 13 czerwca 2013

Kilkaset lub kilka tysięcy


Mam je zanotowane.

W zeszytach.
Segregatorach.
Na luźnych karteczkach.
Na marginesach książek
W zachomikowanych plikach.

Jest ich setki. Pewnie: tysiące - ale to mi nie przechodzi przez gardło.
Zostańmy przy setkach.

Namyślę się, jak je policzyć, kiedy pojawi się tu Wielka Setka.
ta Pierwsza.

POMYSŁY


- Podsunąć Ci pewien Pomysł?...